ALEKSANDER WIELKI / ALEKSANDER THE GREAT
Historia Wodza Greckiego oraz Sytuacja Przed Jego Rządami

Głowa Aleksandra Wielkiego. Mozaika z domu Fauna w Pompei Macedonia był to kraj półgrecki, półbarbarzyński, który zachował jeszcze od czasów bohaterskich rząd monarchiczny; dynastia panująca uważała siebie za czysto helleńską, wywodząc ród swój od argejskich Heraklidów. Jednakże była to monarchia nie na modłę perską: król liczył się ze zdaniem swych "heterów" (tj. towarzyszów), jak nazywał swych magnatów, i nie mógł ukarać śmiercią ani jednego Macedończyka bez wyroku swego wojska. Wojsko to było stałym pospolitym ruszeniem włościan macedońskich - miasta w tym półdzikim kraju jeszcze nie istniały. Pod względem siły i wierności dla króla była to wielka potęga zbrojna i opierając się na niej mogliby Heraklidzi macedońscy dawno zająć stanowisko przodownicze na Półwyspie Bałkańskim, gdyby nie ciągłe waśnie w ich własnym gronie. Bywali wśród nich i wprzódy królowie zdolni, lecz za każdym razem wysiłki ich ginęły w zamieszkach, które następowały po ich śmierci.

Trzeba pamiętać, że w ówczesnych czasach Grecy pragnęli zjednoczenia bowiem zjednoczona Grecja mogłaby podbić świat. Lecz zjednoczyć ją od wewnątrz było rzeczą niemożliwą; każda próba w tym kierunku rozbijała się o wrodzone i nieprzeparte dążenia Greków do niepodległości gmin - do autonomii. Pozostawało jedno: podjąć próbę taką z zewnątrz. Podjęło ją państwo, które dotąd nie brało wielkiego udziału w sprawach greckich - północna sąsiadka Tesalii, właśnie Macedonia.

Lecz teraz władcą Macedonii był człowiek, któremu podobnego cała Grecja ówczesna nie znała - król F i 1 i p (358-336). Jako królewicz jeszcze spędził ki1ka lat w charakterze zakładnika w Tebach i tam, pod nadzorem Epaminondasa, odbył najlepszą szkołę wojskową, jaką wtenczas można było znaleźć. Powołany na tron prędko położył kres niesnaskom, które i tym razem towarzyszyły zmianie władzy, i natychmiast skierował wzrok na Grecję, płonąc z niecierpliwości, aby doprowadzić do końca dzieło swego mistrza, Epaminondasa. Celem jego było zjednoczyć Grecję pod swoją hegemonią i poprowadzić ją przeciw Persom.

Na drodze do osiągnięcia tego celu widział dwie przeszkody - jedną od strony morza, drugą od strony lądu. Przeszkodą morską była owa wstęga helleńska, która i tutaj wieńczyła ląd - liczne greckie kolonie pobrzeża macedońskiego, w szczególności te, które pokrywały trójpalczasty półwysep Chalkidike, nazywany tak od imienia Chalkis eubejskiej, metropolii większości jej zaludnienia. Niegdyś kolonie te wchodziły w skład ateńskiego Związku Morskiego, teraz uznawały hegemonię najpoważniejszej ze swego grona Olintu. Przeszkodą na lądzie była Tesalia i Termopile.

Obie przeszkody same przez się nie były szczególnie ważne: Związek Olincki był słaby, Tesalia zaś, zżerana wewnętrznymi walkami, nawet z radością powitałaby zdobywcę niosącego pokój. W obu wypadkach jednak spoza wroga pierwszego wysuwał się drugi, potężniejszy: spoza Olintu - Ateny, spoza Tesalii - Fokida. Stało się tak, że Olint, przewidując nadciągającą burzę, zawarł przymierze z Atenami.

Mozaika z domu Fauna w Pompei Ale dlaczego, można spytać, Ateny zgodziły się zawrzeć z nimi to przymierze i wstąpić przez to we wrogie stosunki z potężnym królem północy? Należy widzieć, że w Atenach walczyły wtedy z sobą dwie partie - partia przyjaciół i partia wrogów Filipa. Pierwsza pragnęła pokoju, zjednoczenia Hellady, a potem dopiero - oswobodzenia bratniej Jonii; na czele tej partii stali zacny Fokion, Arystydes IV wieku, i wymowny Isokrates. Ten poważny działacz sam nie występował jako mówca, słabość jego głosu nie pozwalała na to - lecz polityczne rozprawy jego na korzyść Filipa i zjednoczenia Hellady rozpowszechniały się wszędzie, torując drogę północnemu zdobywcy. Przywódcą partii był najlepszy mówca całej Grecji - wielki Demostenes.

Kto widział Demostenesa jako malca, w żaden sposób nie mógłby przewidzieć, że wyrośnie zeń mówca. Był jąkałą, nie wymawiał niektórych liter i cierpiał na astmę. Potrzeba kazała mu ująć siebie w karby. Osierocony wcześnie, stał się wraz z siostrami ofiarą chciwych opiekunów. Widząc, jak marnują ich dobro, postanowił - osiągnąwszy pełnoletność - pociągnąć ich do odpowiedzialności i w tym celu stał się mówcą. Deklamował głośno na brzegu morza, starając się zagłuszyć szum przypływu; brał w usta kamyki, aby nadać językowi siłę i giętkość, wieszał przed sobą lustro, żeby śledzić ruchy swej twarzy itd; obdarzony żelazną wołą, zwyciężył wszystkie przyrodzone przeszkody, wygrał sprawę przeciwko swym opiekunom i stał się mówcą. Lecz ćwiczenia jego na polu krasomówstwa zbliżyły go z literaturą, a przez nią ze wspaniałą przeszłością Aten; nieznośna była dla niego myśl, że potomkowie wojowników spod Maratonu i Salaminy uznają nad sobą władzę północnego barbarzyńcy. To w żadnym razie stać się nie powinno, a ponieważ zdobycie Olintu otwierało przed Filipem Morze Egejskie, więc należało temu zapobiec. Oto dlaczego wszelkimi sposobami wspierał propozycję Olintu. Zgromadzenie ludowe dało się porwać jego wymowie; przymierze z Olintem zostało zawarte. Pomoc była posłana - lecz pomoc niedostateczna. Dlaczego niedostateczna? Oto dlaczego.

Już Perykles w trosce o artystyczne wykształcenie Ateńczyków ustanowił rozdawnictwo wśród uboższych obywateli drobnych zasiłków pieniężnych podczas świąt Dionizosa, aby wynagrodzić im utracony zarobek. W owych względnie spokojnych latach, które nastąpiły po klęsce nad Ajgospotamoj, demagogowie chętnie kupowali sobie przychylność obywateli wnioskiem o rozdawnictwo »teorikonu« także i w inne święta. W owych latach, gdy działał Demostenes, istniało już prawo, aby wszystkie zbędne sumy oddawać do kasy teorikonu i wszelką próbę uchylenia tego prawa karać śmiercią. Oto dlaczego w kasie wojennej było mało pieniędzy - i oto dlaczego Ateny nie mogły Olintowi wyświadczyć dostatecznej pomocy.

Filip cel swój osiągnął. Wzięcie Olintu było dla Aten dniem równie bolesnym, jak przed półtora wiekiem upadek Miletu. Lecz cóż było począć? Do nowej wojny należało szykować się powoli, a przede wszystkim - zawrzeć pokój . I pokój zawarto (rok 346).

Mapa Tymczasem Filip pokonał i drugą przeszkodę - lądową. Tesalia, jak już nadmieniono, przywitała go chętnie; Termopile atoli, brama Hellady, pozostawały w rękach Fokijczyków. Stało się to w sposób następujący.

Fokida, zachodnia sąsiadka Beocji, była krainą górzystą i ubogą, ale na jej ziemi leżały Delfy, »ognisko całej Hellady« z ich bogatymi skarbami, które gromadziły się wiekami. Jednakże Delfy były niezależne od Fokijczyków. Z uwagi na ich doniosłość wszechhelleńską rządziła tutaj rada tzw. amfiktionów, tj. przedstawicieli państw rozmaitych, przeważnie ościennych. W razie jakiejkolwiek krzywdy wyrządzonej Delfom amfiktionowie wzywali na pomoc swe państwa i wydawali krzywdzicielowi wojnę, która zwała się »świętą«. Takie wojny święte Grecja już widziała dwie: jedną w wieku VI, drugą w V.

Teraz, po wyniesieniu się Teb ku potędze i po zwycięstwach Epaminondasa , spory pograniczne między Fokidą a Beocją stały się częstsze i ostrzejsze; broniąc się przeciw potężniejszym sąsiadom Fokijczycy postanowili owładnąć Delfami i opanować ich skarby. Było to niesłychane świętokradztwo, któremu podobnego nie widziano jeszcze w Grecji. Amfiktionowie natychmiast wydali wojnę Fokijczykom - trzecią wojnę świętą (356-346) i powierzyli prowadzenie jej Tebom. Lecz Fokijczycy za złoto delfickie zwerbowali silne wojsko z najemników i Tebańczycy nie mogli uporać się z przeciwnikiem. Wtenczas Filip tak pokierował sprawą, że amfiktionowie jego obrali wodzem "naczelnym" wojna przybrała obrót stanowczy i skończyła się klęską Fokidy. Ten wynik szczęśliwy zapewnił mu miejsce w radzie amfiktionów, uprzednio zajmowane przez Fokijczyków, i - władzę nad Termopilami.

W tym samym roku Ateny zawarły pokój z Filipem; jasną wszakże było rzeczą, że Filip nie poprzestanie na dotychczasowych powodzeniach i postawi Hellenów wobec wyboru między uległością a wojną. Musiały więc Ateny gotować się do wojny. Nie wszyscy byli zgodni w tej sprawie. Na zgromadzeniu ludowym toczyły się nieustannie spory między Fokionem a Demostenesem: - Strzeż się - wołał Demostenes do Fokiona, którego osobiście szanował Ateńczycy zabiją cię, gdy ich ogarnie wściekłość. - A ciebie - odparł Fokion - gdy oprzytomnieją. Jednakowoż górę wziął Demostenes. Udało mu się osiągnąć zmianę prawa co do teorikonu; skarb wojskowy znów się napełnił, środki obrony kraju wzrosły. Przygotowania te trwały sześć lat z okładem. Przez ten czas jednakże i Filip, odwołany przez sprawy na północy, znów wzmocnił swe siły i powrócił do ulubionej idei. Łaknął nowej wojny helleńskiej i agenci jego w radzie amfiktionów dostarczyli mu do niej powodu. Pod pretekstem tego, że pewne miasteczko lokryjskie, Amfissa, zajęło część ziemi delfickiej, wydano mu czwartą wojnę świętą (339-338), której prowadzenie oczywiście poruczono Filipowi. Król przyjął mandat i pchnął wojsko przez Termopile.

Dla Demostenesa było jasne, że godzina sprzeciwu wybiła. Wszelako między Attyką a wojskiem króla leżała podległa Tebom Beocja, z Tebami zaś Filip pozostawał w przyjaznych stosunkach jeszcze od czasów Epaminondasa. Demostenes wytężył wszystkie siły swej potężnej wymowy i dopiął celu: Teby zawarły z Atenami przymierze, obie bratnie armie podążały ku granicy fokijskiej i zaczęły czekać nieprzyjaciela pod beockim miasteczkiem Cheroneją.

Cała Hellada z bijącym sercem oczekiwała wyniku bitwy, w której rozstrzygał się los jej niepodległości. Animusz sprzymierzonych nie był świetny; znów zaczęły krążyć niepokojące wróżby:

"Obym uniknął bitwy u sennych wód Termodontu W orła przemienion w chmurach lub w szatę mgły przyodziany. Łzy wróży ona pobitym, zwycięzcy zasię - zagładę."

Demostenes żartował, pokrzepiając swoich: »Pytia filipkuje« - mówił do towarzyszy. Sam wszakże był mistrzem słowa, nie zaś miecza; na domiar wojsko sprzymierzonych liczbą ustępowało wojskom królewskim. Szczęście wojenne znów uśmiechnęło się do Filipa: bój pod Cheroneją (rok 338) pogrzebał niepodległość grecką.

Gdy dzień fatalny dobiegał kresu, wyborowy oddział tebański - »święty zastęp« Epaminondasa - poległ do ostatniego męża i Filip przechadzając się po pobojowisku mógł z twarzy rozpoznawać wszystkich towarzyszów swej młodości. Nie tak walecznie niestety bili się Ateńczycy: wielu spośród nich w panicznym uciekło popłochu, pociągając z sobą i Demostenesa.

Tebańczycy później wystawili rzeźbę olbrzymiego lwa na polu bitwy i ten »lew cheronejski« przetrwał tam tysiąclecia, przypominając Grekom o świętej powinności odzyskania niepodległości utraconej pod Cheroneją.

Istotnie, odtąd Filip stał się panem Grecji. Z owoców swego zwycięstwa skorzystał zresztą w sposób bardzo umiarkowany. Skończywszy z pierwszą częścią swego zadania, zabrał się do drugiej : wyzwo1enia Jonii . Zwołał przedstawicieli zjednoczonej Grecji do Koryntu; stawili się wszyscy prócz Spartan, na których już można było nie zwracać uwagi. Ten Związek Koryncki (rok 337) uznał hegemonię Filipa i obrał go na wodza przeciw odwiecznemu wrogowi.

Filip tryumfował; otwarło się przed nim pole niezmierzonej sławy... I nagle, w przededniu wyprawy, zginął z ręki mordercy, który mścił się w ten sposób za krzywdy osobiste. Cała Grecja drgnęła, przypomniawszy sobie wróżbę cheronejską: »zwycięzcy - zagładę«. Swobodniej też odetchnęła Persja.

Rychło atoli zrozumieli wszyscy, że zadanie Filipa przeszło w pewne ręce: następcą niepospolitego ojca stał się jeszcze genialniejszy syn - A1eksander Wielki (336-323).
Wtenczas był to jeszcze młodzieniec, lecz jako pacholę ujawniał rysy zapowiadające jego przyszłą wielkość. Urodziwy, czarujący w obejściu z ludźmi, rycersko śmiały i wspaniałomyślny, cielesną siłą również górował nad wszystkimi swoimi rówieśnikami. Z upodobaniem opowiadano, jak uskromił sam dzikiego rumaka, którego przyprowadzono jego ojcu i któremu następnie z powodu szerokiego łba dano nazwę Bucefała (tj. »bykogłowego«). Rumaka tego nikt nie potrafił dosiąść i już chciano go odprowadzić, gdy Aleksander poprosił, aby pozwolono mu podjąć próbę: próba się powiodła i królewicz dosiadłszy ujarzmionego rumaka pocwałował do Filipa. Ten uściskał go i rzekł: - Synu mój, szukaj sobie równego mocarstwa. Macedonia jest dla ciebie za ciasna. (Te właśnie słowa rozpoczynają utwór „Alexander The Great").

Jedna wada obarczała Aleksandra już teraz, lecz odpowiedzialność za nią ponosiło raczej jego otoczenie niż on sam. W Macedonii, jako w kraju półbarbarzyńskim, lubowano się w długich, rozpasanych pijatykach. Nie stronił od nich sam Filip i wdrożył do nich i syna. Uchodziło tam za znamię siły spełniać olbrzymie »heraklesowskie« puchary; ten który się odznaczył, brał z rąk królewskich nagrodę - bywało, że nazajutrz wynoszono go z komnaty martwym. Aleksander polubił te wybryki, oszołomiony zaś trunkiem, przestawał panować nad sobą. Z łagodnego stawał się okrutny, ze skromnego chełpliwy; zapominał o czci dla ojca, o przyjaźni dla druhów. Potem, wytrzeźwiony, gorzko ubolewał nad tym, co popełnił w stanie oszołomienia.

Wprawdzie zaszczepiwszy synowi tę truciznę Filip dał mu także środek przeciw niej zaradczy, zaprosiwszy na nauczyciela Aleksandra największego filozofa owych czasów, Arystotelesa, ucznia Platona. Wpływ Arystotelesa na Aleksandra był podwójny: naprzód, wzbudził on w swym wychowańcu zamiłowanie poezji i nauki, a zatem i cześć dla Aten, kędy kwitły i poezja, i nauki; po wtóre, nauczył go choć do pewnego stopnia panować nad sobą i miarkować nieuskromiony żar swej duszy. Taki był ten, który odziedziczył wielką puściznę Filipa. Dowiódł on natychmiast, że był tej puścizny godzien. Zamieszki, które i tym razem wszczęły się w jego królestwie i w Helladzie, stłumił szybko i dokonał tego, że państwa greckie uznały go swoim wodzem przeciw barbarzyńcom. Następnie zebrawszy swoje wojsko i oddział połączonych państw udał się na wyprawę.

Pierwsze zadanie jego polegało oczywiście na tym, aby wyzwolić Jonię. Wiosną roku 334 przeszedł Hellespont i wtargnął w krainę trojańską. Satrapowie najbliższych prowincji wyprowadzili przeciw niemu swe wojska i zajęli brzeg rzeki Granikos, wpadającej do Propontydy; Aleksander pobił ich tutaj i ruszył dalej, nie spotykając prawie oporu, wzdłuż całego zachodniego wybrzeża. Uporawszy się bez szczególnego trudu z tym pierwszym zadaniem, niezwłocznie podjął drugie i główne - podbój królestwa perskiego. Opuściwszy wybrzeże, poprowadził wojsko w głąb kraju. Zająwszy Gordion - dawną stolicę króla Fryggi Midasa - dowiedział się, że jest tu jego rydwan i że temu, kto »rozplącze« węzeł dyszla tego rydwanu, sądzono objąć władzę nad światem. Trudność zadania tkwiła w tym, że końce zwrócone były ku wnętrzu węzła. Aleksander przekonawszy się, że usiłowania jego, aby węzeł rozwikłać, są daremne, dobył miecza i rozciął go - odtąd »węzeł gordyjski« stał się przysłowiowy. Tymczasem i król perski przekonał się, że wypadnie mu walkę toczyć ze śmiałym zdobywcą już nie o Jonię, ale o swoje mocarstwo; królem zaś był wtenczas Dariusz III, człowiek dzielny i waleczny. Ruszył z dalekiej Suzy. Aleksander ze swej strony skierował się przeciw niemu i zstąpił ku południowemu wybrzeżu Azji Mniejszej w Cylicję. Tu wszakże zatrzymała go niespodziana choroba: wykąpawszy się w lodowatej wodzie górskiej rzeki Kidnos, dostał febry i był bliski zgonu. Lekarze odstąpili chorego prócz niejakiego Filipa, dawnego jego przyjaciela. I oto gdy Filip miał podać królowi mocne lekarstwo, ten otrzymał od swego najlepszego wodza Parmeniona list zawierający taką przestrogę: »Strzeż się Filipa: Dariusz obiecał mu nieprzeliczone skarby i córkę rodzoną za żonę, jeśli otruje ciebie«. Wszedł Filip z lekarstwem; Aleksander wziął odeń czarę, jemu zaś oddał list. I badawczo patrząc mu w twarz, jął powoli wypijać lekarstwo. Filip, przerażony zaczął przysięgać i zapewniać, że jest niewinny. Aleksander pozostał spokojny i łaskawy; niebawem postradał przytomność. Lek okazał się skuteczny, król wyzdrowiał i znów podjął wyprawę. Na granicy Cylicji i Syrii, w samym kącie Morza Śródziemnego, spotkały się oba wojska (rok 333). Tu leżało miasto Issos, które też dało imię bitwie. Dariusz zdołał wąwozami górskimi obejść lewe skrzydło Aleksandra i uderzyć na jego tyły. Wojsko Aleksandra stanęło wobec alternatywy: zwyciężyć albo zginąć. Z tym większą walczyło odwagą. Zwycięstwo jego było zupełne; Dariusz z trudem ocalił resztkę swoich hufców, lecz rodzina jego - matka, żona, dzieci - stały się łupem zwycięzcy, który zresztą rozkazał, aby utrzymywano je na stopie królewskiej. Zwycięstwo pod Issos otwarło przed Aleksandrem Syrię i wszystkie południowe posiadłości Dariusza. Wszelako miasta niekiedy stawiały mu opór, zwłaszcza słynna stolica Fenicji, Tyr, którą przyszło mu oblegać w ciągu siedmiu miesięcy. W ogóle w starożytności obleganie grodów stanowiło rzecz trudną - przewaga była po stronie oblężonych. Aleksander popadł już w przygnębienie: pocieszyło go widzenie, jakie nawiedziło go we śnie. Wydało mu się mianowicie, że ściga satyra, który wszelkimi sposoby stara się umknąć, w końcu jednakże daje się pojmać. Sen wytłumaczony został przez jednego z wróżbiarzy i to bardzo prosto. Zwracając się do Aleksandra wróż wymienił imię stworu, który mu się przyśnił, oddzielając wyraźnie jego głoski: satyros, co w języku macedońskim znaczyło: »Tyr - twój«. I tak też się stało.

Po Fenicji poddał się także Egipt. Tu Aleksander postanowił założyć stolicę nadmorską, doskonale rozumiejąc, że bajecznym bogactwom tego kraju brak jest wylotu na morze - faraonowie egipscy bali się żeglugi, królowie zaś perscy tylko wysysali Egipt, mało troszcząc się o jego potrzeby. Sam wyznaczył miejsce pod budowę miasta, które otrzymało jego imię i zachowało je po dzień dzisiejszy: jest to Aleksandria.

Stąd zawrócił do Fenicji, zamierzając następnie przejść do Mezopotamii i dalej do wschodnich prowincji Dariusza. Ten ostatni, znękany porażkami i utratą rodziny, zaofiarował Aleksandrowi pokój na korzystnych warunkach: ustępował mu wszystkie ziemie na zachód od Eufratu. Aleksander zgromadził przyjaciół swych na naradę. Najstarszy z nich, wspomniany już Parmenion, rzekł: - Gdybym był Aleksandrem, to bym się zgodził. - Zgodziłbym się i ja - złośliwie odpowiedział król - gdybym był Parmenionem. Pokój odtrącono; Dariusz zmuszony był wydać jeszcze jeden bój o swe ostatnie dzierżawy. Bój rozegrał się opodal ruin dawnej władczyni Wschodu, Niniwy, pod Gaugamelą i Arbelą (rok 331). Zwycięstwo przyszło Aleksandrowi niełatwo: przez chwilę wydawało się nawet, że jego lewe skrzydło, którym dowodził Parmenion, zostanie starte przez napór barbarzyńców. Za to na drugim skrzydle Aleksander rozgromił wrogów i zwycięstwo to rozstrzygnęło bitwę.

Dariusz znowu uciekł, tym razem już bez wojska: przepyszny pałac królów perskich, Persepolis, stał się zdobyczą Aleksandra. Teraz dopiero całe zadanie było wypełnione. Do tej pory zwycięzca pędził tryb życia surowy, starając się nie ulegać wrodzonemu nałogowi swej ojczyzny: lecz oto nastał odpoczynek po trudach bitewnych, a wraz z nim czas zabawy i ucztowania. Podczas jednej uczty, już nocą, ktoś rzekł do króla: »Powiadasz, że kochasz Ateny: pomścij pożar Akropolu i spal pałac Kserksesa«. Temistokles i Arystydes podziękowaliby za podobną zemstę: lecz oszołomiony pijatyką Aleksander uznał ją za słuszną, chwycił płonącą pochodnię i na czele wesołej czeredy pomknął ku pobliskiemu pałacowi. Następny ranek ujrzał w gruzach i zgliszczach przedziwny pomnik sztuki wschodniej - i zbudził w sercu wytrzeźwionego króla świadomość, że bez potrzeby i celu popełnił rzecz barbarzyńską. Za to w kolisku przyjaciół bywał hojny i wspaniałomyślny i po królewsku obdarowywał każdego. Pamiętał i o dalekich. W Atenach wtenczas panował pokój i ład pod rozumnymi rządami Likurga i Demostenesa: nie byli oni jego przyjaciółmi, lecz tamże zamieszkiwał powszechnym otoczony szacunkiem również sędziwy Fokion, bezinteresownie usiłujący współobywateli swych pojednać z hegemonią macedońską. Temu to Fokionowi Aleksander przesłał sto talentów - na nasze pieniądze około miliona złotych (wartość z lat 30-tych okresu między wojennego). Dziwny obraz ujrzeli posłańcy króla, gdy weszli w jego dziedziniec: Fokion sam wyciągał ze studni wiadro wody, żona jego stała opodal i miesiła ciasto w dzieży. Posłańcy złożyli dar królewski u jego nóg: Fokion, zdziwiony, spytał: - Dlaczegóż to Aleksander właśnie mnie przysyła to złoto? - Dlatego - uprzejmie odpowiedzieli tamci - że mieni cię najlepszym wśród Ateńczyków. -Niechajże tedy pozwoli, abym i nadal pozostał takim - rzekł starze i polecił im odnieść złoto z powrotem. W pościgu za Dariuszem Aleksander nie śpieszył się zbytnio, nie podejrzewając wszakże, że nieszczęśliwy król ścigany może być przez innych. Gdy wreszcie go dopadł, Dariusz już nie żył: jeden z jego dworzan, Bessos zamordował go zdradziecko, rachując, że w ten sposób zaskarbi sobie łaskę nowego władcy. Król jeszcze oddychał, gdy wszedł dowódca czołowego oddziału macedońskiego, i poprosił, aby mu dano się napić. Ten spełnił jego prośbę. Wypiwszy wodę umierający rzekł doń: »Aleksander cię wynagrodzi jego zaś niech nagrodzą bogowie za dobroć jego wobec mojej rodziny«. Rychło podszedł i Aleksander. Długo patrzył na ostatniego potomka wielkiego Cyrusa: odpiąwszy swój płaszcz królewski, tkliwie osłonił nim zwłoki nieszczęsnego monarchy.

Bessosowi odpłacił szczodrze: kazał przywiązać go do dwóch drzew nachylonych ku sobie i następnie drzewa te puścić, tak że ciało jego uległo rozerwaniu na dwie części. Niestety, i pod innymi względami Aleksander poddawał się barbarzyńskiemu środowisku, w jakim przebywał: swój grecki strój zamienił na perski; na podobieństwo królów perskich jął poczytywać się za boga, nie zaś za człowieka i na tej zasadzie domagał się dla siebie czci boskiej. Persowie, rzecz zrozumiała, godzili się z tym łatwo, lecz w swej drużynie macedońskiej wywoływał szemranie, które wzmagało się coraz bardziej. W trzeźwym stanie Aleksander zachowywał jeszcze dawną wspaniałomyślność. Tak, widząc, że wśród najbliższych jego przyjaciół jeden, Hefajstion, naśladuje go w noszeniu stroju perskiego, drugi zaś, Krateros, w dalszym ciągu nosi płaszcz grecki, zachował jednaką życzliwość dla obu: »Hefajstion kocha Aleksandra, a Krateros króla«. Lecz podczas uczt, gdy wino rozwiązywało wszystkim języki, nastawały niekiedy momenty grozy. W czasie jednej z nich Aleksander w napadzie szału zabił Klejtosa, który ocalił mu życie nad Granikos; wytrzeźwiony, długo potem leżał w milczeniu, wzdychając i płacząc.

Niegodziwi pochlebcy korzystali z tych jego nastrojów ducha, wmawiając weń, że niepotrzebnie się kaja, że wszystko, cokolwiek czyni król, jest sprawiedliwe. I mowami tymi upijał się jeszcze silniej niż winem i coraz bardziej stawał się niepodobny do siebie. Na koniec życie pokojowe mu obrzydło; na nowo zapragnął trudów bojowych, życia na stopie surowej i twardej. Cała Persja już należała do niego; wschodnią sąsiadką były legendarne Indie , o których Grecy mieli wtenczas wyobrażenia bardzo mgliste. Postanowił podbić ten kraj i przedsięwziął wyprawę w krainę Pięciorzecza. Znów towarzyszyło mu szczęście: Jeden król indyjski za drugim uznawał jego władzę. Aleksander marzył już o tajemniczym Gangesie i jak mniemano podówczas, o kresach ziemi; ale tu wojsko jego odmówiło posłuszeństwa. Zmuszony był zarządzić odwrót; odwrót nastąpił po części drogą lądową, po części morzem, przez Ocean Indyjski i Zatokę Perską, ażeby zbadać także i tę część ziemi. Naturalnym miejscem połączenia obu części wojska był Babi1on nad Eufratem, stolica starożytnej mądrości chaldejskiej. Później wspominano wszelkiego rodzaju znaki złowieszcze, jakie dały się widzieć w chwili, gdy wstępowano w to miasto fatalne. Astrologowie chaldejscy radzili Aleksandrowi, aby unikał Babilonu; stado kruków, gdy się zbliżał, poderwało się z murów, kracząc i walcząc między sobą, przy czym niektóre padły martwe u jego nóg. Po zabawie w piłkę na tronie Aleksandra zasiadła jakaś postać tajemnicza, przybrana w jego opończę i koronę, i na pytanie otaczających oznajmiła, że sam Serapis - miejscowy bóg śmierci - przysłał ją tutaj. Aleksander miał duszę niezłomną, lecz niepokoiły go złe przeczucia; otoczył się zgrają czarnoksiężników i zaklinaczy, ale pod ich wpływem czuł się jeszcze gorzej. Odtąd coraz częściej jął zagłuszać swój niepokój winem. Wtenczas właśnie druga część jego wojska, żeglująca morzem przez Eufrates wróciła do Babilonu. Wielka była radość spotkania: Aleksander przewspaniałą ucztą ugościł junaków. Uczta trwała noc całą; o świcie król chciał udać się na spoczynek, lecz jeden z druhów uprosił go, aby przeucztował z nimi jeszcze i dzień następny. Aleksander ustąpił - i wpadł w gorączkę. Spalając się z pragnienia, żądał, aby mu dano wina; zaczęła się maligna, wszelki ratunek stał się niemożliwy.

Podczas jednej spośród jasnych minut choroby ujrzał Aleksander współbojowników w smutku okalających jego łoże. Starego Parmeniona już nie było w ich gronie - sam ukarał go śmiercią w owych złych czasach, przed wyprawą na Indie; ale był wśród nich rozumny Ptolemeusz, wierny Seleukos, waleczny Antygonos i jeszcze szereg innych, wszyscy czynni i potężni, jak wybrani... Aleksander bowiem potrafił dobierać pomocników. Jeden z nich spytał konającego, kogo czyni następcą wśród swej drużyny - wszak dzieci własnych nie miał. Król z łoża agonii obrzucił ich badawczym spojrzeniem - nie, żaden wybór nie był tu możliwy. - Najgodniejszego - odrzekł i niebawem umarł (rok 323).

Cała nadzieja pokojowego rozwoju świata umarła wraz z Aleksandrem. Za życia wszystkich przygniatał potęgą swej osobowości: »ziemia milkła u jego nóg« - jak mówi Pismo. Gdyby był zdążył jak ojciec, Filip, przeżywszy wiek swój, wychować syna-następcę, jedność jego światowego mocarstwa byłaby zapewniona. Ale nie, przekazał je »najgodniejszemu«, za najgodniejszego zaś każdy poczytywał siebie. Rozpadło się królestwo Aleksandra. Ptolemeusz od razu opanował Egipt i ogłosił się królem w Aleksandrii; trzysta bez mała lat panowali potomkowie jego, Ptolemeusze, w tym kraju. Prowincje wschodnie przypadły w udziale Seleukosowi; wprawdzie pod rządami jego potomków ziemie za Eufratem znów odszczepiły się od świata greckiego i stworzyły odrębne, barbarzyńskie królestwo Partów, tak iż państwo »Seleukidów« ograniczało się głównie do Syrii i miało jako stolicę Antiochię założoną przez Seleukosa. Azja Mniejsza rozpadła się na kilka państw; najważniejszym z nich było królestwo Pergamon, nazwane tak od imienia swej stolicy. Macedonia, w której Aleksander jako namiestnika zostawił Antypatra, stała się igraszką w ręku wielu współzawodników i koniec końców przypadła w udziale potomkom Antygonosa; stolicą jej stała się nowo założona Tesalonika - obecnie Saloniki - zawierająca w swej nazwie pamięć o zwycięstwie Filipa nad Tesalczykami, które stało się podwaliną jego potęgi. A Grecja?

I ona drgnęła na wieść o śmierci Aleksandra; przyrodzona dążność do autonomii zbudziła się znowu. Ateny zapragnęły wyzwolić się spod opieki macedońskiej. Na czele ruchu stanął, rzecz jasna, Demostenes; postanowiono pchnąć wojsko ku Termopilom przeciwko armii Antypatra. Ale i ta próba skończyła się niepowodzeniem; wojsko ateńskie zostało pobite i wysłannicy Antypatra stanęli w Atenach, żądając, aby im wydano Demostenesa. Ten ostatni uciekł przez Zatokę Sarońską na wyspę Kalaurię, gdzie stała starodawna świątynia Posejdona z prawem azylu. Jednakowoż tam go odnaleziono; widząc, że zamierzają uprowadzić go przemocą wbrew prawu boga, poprosił, aby pozwolono mu napisać kilka słów do rodziny. Uzyskawszy pozwolenie, wyjął swój »stylos« - zaostrzoną pałeczkę do pisania po nawoskowanej tabliczce podniósł wszakże do ust nie ostry, lecz tępy koniec, w którym przechowywał truciznę. Tak przynajmniej udało mu się umrzeć na wolności. Jego stały przeciwnik, szlachetny Fokion, przeżył go; zginął w latach sędziwych wskutek knowań wrogów podczas jednego z następnych przewrotów, potwierdzając proroctwo Demostenesa - zginął śmiercią Sokratesa w więzieniu.

Rzeczywiście, Grecja nie zaznała spokoju po stłumieniu powstania Demostenesa. Ulegając naciskowi Macedonii z północy i Ptolemeuszów z południa, stała się znów areną nieskończonych wojen, lecz te nas już zaciekawiać nie będą. Aleksander wszelako żył nie na próżno; dzięki niemu cały świat wschodni uległ hellenizacji; język, literatura, sztuka Hellady nie zamykały się już w obrębie mórz Egejskiego i Jońskiego - ośrodkami ich stały się Aleksandria, Antiochia, Pergamon; nawet dalekie Partia i Indie doświadczyły na sobie ich wpływu. Wszędzie rozsiane zostały ziarna doskonalenia się umysłowego i ziarna te wzeszły i wydały owoce, którymi żywimy się po dzień dzisiejszy.

Strona Główna


INSPIRACJE:

  • Aleksander Wielki
  • Czyngis-Chan
  • Czyściec
  • Idy Marcowe
  • Lot Ikara
  • Syn Marnotrawny